Bezpieczeństwo energetyczne Polski ma się w perspektywie 2040 roku oprzeć na dwóch filarach: pierwszej polskiej elektrowni jądrowej i morskich farmach wiatrowych na Bałtyku. Oba przedsięwzięcia są bezprecedensowe pod względem skali, oba przesuwały się względem pierwotnych założeń i oba mają charakter nie tylko energetyczny, ale wprost obronny, ponieważ przesądzają o zdolności państwa do funkcjonowania pod presją.
Program jądrowy prowadzony przez Polskie Elektrownie Jądrowe wchodzi w fazę, w której deklaracje ustępują miejsca robotom. Rozmawiamy o realnym stanie przygotowań na Pomorzu, o harmonogramie i o tym, co go najczęściej wywraca, o modelu finansowania i podziale ryzyka między państwo, inwestora i odbiorcę końcowego oraz o kadrach, których pierwsza polska elektrownia będzie potrzebowała w liczbie tysięcy, a które kształci się latami.
Offshore jest w tej rozmowie drugą połową równania i częściowo tym samym problemem. Farmy wiatrowe, kable eksportowe, stacje transformatorowe na morzu i porty instalacyjne tworzą łańcuch, w którym wąskim gardłem bywa nie technologia, lecz jeden komponent, jeden statek instalacyjny albo jedna grupa uprawnionych specjalistów. Pytamy o udział polskiego przemysłu w obu programach naraz, bo od tego zależy, czy wydane miliardy zostawią po sobie trwałe kompetencje przemysłowe, czy wyłącznie obiekty.
Oba filary łączy jeszcze jedna cecha: są to obiekty infrastruktury krytycznej o wyjątkowej ekspozycji. Elektrownia jądrowa na wybrzeżu, kable i stacje na Bałtyku leżą w tym samym środowisku, w którym od dwóch lat dochodzi do uszkodzeń infrastruktury podmorskiej. Gdzie kryją się największe zagrożenia dla terminów, a gdzie szansa na nowy przemysł, kompetencje i miejsca pracy.